Koniec… i początek.

Koniec… i początek.

Wiosna 2016 roku. Koniec…

Rok 2016 nie zaczął się dla nas łaskawie, nasza kocio-ludzka rodzina, wymęczona zawirowaniami losu potrzebowała oddechu. Żeby przez chwilę nic się nie działo… trochę nudnego spokoju – to było moje marzenie. 
Ostatnim punktem do odhaczenia na Liście Spraw Koniecznych miał być przegląd generalny stanu zdrowia naszych dwóch Kocic – 13letniej Plumci i 12letniej Małej – ot, coroczna rutyna: badania krwi, moczu, usg. Bez obaw, bo poprzednie badania zawsze super, a dziewczyny zdrowe, wesołe, chociaż już nie pierwszej młodości. Starsza nieco schudła ostatnio, ale to i dobrze, bo miała z czego. 
Wyniki Plumci postawiły nas w stan najwyższej gotowości: silna anemia, wysokie leukocyty, mocno powiększone węzły chłonne. Po szczegółowych dodatkowych badaniach i konsultacjach specjalistycznych (onkolog i hematolog) już wszystko było wiadomo: chłoniak przewodu pokarmowego, bardzo agresywna postać, złe rokowania. Do fatalnych wyników lekarskich szybko dołączyły liczne objawy. W grę wchodziło jedynie leczenie paliatywne. Nie wyobrażałam sobie męczyć Kota codziennymi wizytami w klinice weterynaryjnej, więc – pod ścisłym nadzorem weterynaryjnym – dom zaczął przypominać oddział szpitalny: specjalne żywienie, codzienne kroplówki, wlewy podskórne, leki.

Zdarzały się jeszcze lepsze chwile wypełnione zabawą, obserwowaniem ptaków za oknem czy smakowitym tuńczykiem, ale coraz wyraźniej ustępowały gorszym momentom, gorszym godzinom i dniom. Kiedy koniecznością stały się regularne zastrzyki z morfiny… nadszedł czas pożegnania. Ostatnią moją powinnością było podjęcie ostatecznej decyzji, oszczędzenie cierpienia. Odeszła pierwszego dnia lata. I chociaż minęły od tamtej chwili niemal 3 lata, nadal nie mogę o tym spokojnie myśleć.

To był dla mnie bardzo ciężki czas. Plumcia była ze mną 13 lat, dzieliła radości i smutki, towarzyszyła mi w wielu przełomowych momentach mojego życia. Wraz z nią odeszła pewna epoka, a poczucie pustki było dojmujące. 
To był trudny czas tym bardziej, że skrajne sytuacje najlepiej weryfikują siłę relacji – w tym przypadku straciłam dwie ważne istoty: nie tylko ukochaną Kotkę, ale i osobę, którą od lat uważałam za przyjaciółkę, bratnią duszę. Bywa.

… i początek. Jesień 2016 roku

Zostaliśmy z Małą i poczuciem niepełnej rodziny. Kogoś ewidentnie brakowało. Za mało kłaków na podłodze, za dużo miejsca w łóżku i na sofie. Co robić?
Oboje wychowani ze zwierzętami czuliśmy, że tę pustkę trzeba zapełnić. Marnuje się w domu miejsce (a także nasze możliwości, doświadczenie ze zwierzakami i serce pełne uczucia dla nich), na które z pewnością czeka jakieś stworzenie w potrzebie. 
Ostrożnie krążyłam wokół tematu, półsłówkami badałam teren. Michał jak zawsze powściągliwy, rodzinny głos rozsądku. Ja – spontaniczna potrzeba serca i… przemożne poczucie, że idą zmiany. Czułam to każdym nerwem – gdzieś ktoś na nas czeka. 
Po długich rodzinnych naradach i rozważaniach zapadła decyzja: pies. Ustaliliśmy wspólne warunki: raczej młody (bo ma nam towarzyszyć długie lata), raczej niewielkiego wzrostu (bo mieszkanie w bloku) i KONIECZNIE przyjaźnie nastawiony do kotów (bo Kotka Mała – wychowana od małego z psem, co znacznie ułatwiało sytuację). Innych wytycznych brak. 
Od początku bowiem było dla nas jasne, że nie chodzi o zakup rasowego psa z hodowli, ale o adopcję stworzenia potrzebującego domu. Poszukiwania rozpoczęliśmy od warszawskiego Schroniska dla Zwierząt na Paluchu, ogłoszeń w Internecie i kontaktu z fundacjami zajmującymi się adopcjami. Przewertowałam dziesiątki ogłoszeń, poznałam wiele psów czekających na dom, ale ciągle miałam irracjonalne wrażenie, że to nie to, nie ten… Źle się z tym czułam, bo niby dlaczego nie ten i nie tamten? One wszystkie z taką samą nadzieją wypatrywały swojego człowieka, tak samo zasługiwały na miłość i opiekę. A jednak szukałam dalej…

Aż wreszcie… 
Fundacja Bezdomniaki z Marek, https://www.facebook.com/fundacjabezdomniaki/ , ok. roczna suczka porzucona w lesie – jak tysiące innych psiaków w szczycie wyjazdów urlopowych. Imię fundacyjne na potrzeby adopcji: Bunia. Rzeczowa i sympatyczna rozmowa telefoniczna z Panią Magdą z Fundacji rozwiała moje wątpliwości. Zapadła decyzja: za kilka dni jedziemy do Marek.

Niewielka przychodnia weterynaryjna Marwet, poczekalnia jakich wiele. 
– Dzień dobry państwu, państwo do Buni? Proszę chwilkę zaczekać, zaraz przyprowadzę pieska.

Czekamy. Uchylają się przeszklone drzwi na zaplecze, tuż nad posadzką ostrożnie węszy czarny nos. Za nosem pojawia się rudy pyszczek, przerażone orzechowe oczy, położone do tyłu uszy. Na ugiętych nisko łapach, z podkulonym ogonem wyłania się całe psie nieszczęście. Nie wiem kiedy znalazłam się przy niej na podłodze. Ona sztywna z przejęcia, ja – z mokrymi od łez policzkami. I tak sobie siedziałyśmy, w deszczowy październikowy wieczór, na podłodze, przytulone. Nikt nas nie poganiał. Po chwili sunia zauważyła Michała, podpełzła i do niego, przylgnęła pyskiem do wyciągniętej dłoni. 
Wiedzieliśmy już, że to ONA – miłość od pierwszego wejrzenia, przytulenia i psiego liźnięcia.

Pracownik lecznicy, na naszą prośbę, zaprowadził Bunię na piętro, gdzie mieści się pomieszczenie dla kocich rekonwalescentów i kotów gotowych do adopcji – mieliśmy możliwość osobiście przekonać się, że suczka reaguje na obecność kotów jedynie spokojem i przyjaznym zainteresowaniem. 
Wiedzieliśmy jednak, że procedura adopcyjna zakładała obowiązkowe pierwsze spotkanie z wybranym psem, następnie czas na zastanowienie i uspokojenie emocji, a dopiero po kilku dniach kolejne odwiedziny i podjęcie ostatecznej decyzji o adopcji. 
Wracaliśmy do domu w milczeniu, oboje pewni decyzji. Kolejne dni wypełniłam kompletowaniem wyprawki: smycz, legowisko, miski, karma. Na umówioną wcześniej kolejną wizytę w Markach czekaliśmy z niecierpliwością, radością i… niepewnością – czy Bunia nas pozna? jak nas przywita?

Pamiętała! To powitanie będę wspominać do końca życia.

Podpisanie umowy adopcyjnej było już tylko krótką formalnością. Sunia została wydana przez Fundację Bezdomniaki wysterylizowana, z kompletem podstawowych szczepień, odrobaczona i zaczipowana – wszystko udokumentowano w psiej książeczce zdrowia.

Od 20 października 2016 roku bezdomniakowa Bunia, a po adopcji Muszka, została naszą przyjaciółką, towarzyszką i pełnoprawnym członkiem rodziny. Mądra, wierna, bystra, łagodna i wesoła, codziennie wnosi w nasze życie mnóstwo dobrych emocji i radości. Mucha kocha ruch i zabawę – jest dla nas motywacją do aktywnego spędzania czasu.

Jakie są historie Waszych zwierzęcych przyjaciół? W jaki sposób trafiły do Waszych domów?

Join the discussion

Instagram

Instagram has returned empty data. Please check your username/hashtag.