Weekend z Psem – czerwiec 2019

Weekend z Psem – czerwiec 2019

Warszawa (Ursynów Kabaty) – Las Kabacki – Dąbrówka – Piaseczno – Żabieniec – Chojnowski Park Krajobrazowy  (Rezerwat Uroczysko Stephana – Rezerwat Chojnów – osada Czarnów – Lasy Słomczyńskie) – Konstancin Jeziorna – Las Kabacki – Ursynów Kabaty = 33,5 km

Wstawałyśmy dziś z Muchą pełne nadziei, bo dzień zapowiadał się dobry do chodzenia – na termometrze tylko 26°C, częściowe zachmurzenie.
Z wodą (duuużo wody), prowiantem, mapą i doskonałymi humorami ruszyłyśmy w drogę. Tereny więcej, niż znajome: wzdłuż północnej granicy Lasu Kabackiego (*), a następnie na południe.
* Tak, wiem co powiecie: Las Kabacki ma status rezerwatu, do którego od ponad roku nie wolno wprowadzać psów; macie rację. Jest to jednocześnie teren, który zwł. w weekendy, ma ścieżki tak zapchane spacerowiczami, że nie ma jak przejść; teren regularnie zaśmiecany, traktowany jak podmiejski wychodek, latem – jako noclegownia, gdzie nielegalnie zbierane są grzyby i jagody, organizowane zawody biegowe i rowerowe, a grupy rozkrzyczanych kilkulatków z kabackich przedszkoli ganiają za wiewiórkami. Uznałam zatem, że szybki i cichy przemarsz z psem nie sprawi różnicy temu zadeptanemu skrawkowi zieleni.

Już na tym pierwszym leśnym odcinku naszej dzisiejszej trasy miałyśmy przedsmak tego, co miało nas czekać w kolejnych godzinach – hordy wygłodniałych komarzyc (tną tylko samice) obsiadły nas w ciągu kilku minut. Tym bardziej przyspieszyłyśmy.
Po kilku kilometrach dotarłyśmy do osiedla Dąbrówka na południowo-zachodnim skraju lasu. Było jednak cieplej, niż początkowo mi się wydawało, więc zamiast maszerować na południe w słońcu, wzdłuż ul. Puławskiej (okolice niezbyt urokliwe), złapałyśmy jadący do Piaseczna autobus i już po kilkunastu minutach jazdy (była klima!) dotarłyśmy do stacji PKP w Piasecznie, skąd już tylko krótki spacer dzielił nas od właściwego celu dzisiejszej wędrówki: Chojnowskiego Parku Krajobrazowego.
Idąc od strony Piaseczna, przekroczyłyśmy rzeczkę Jeziorkę i na wysokości wsi Żabieniec zanurzyłyśmy się w kojącą zieleń lasu.

To było niesamowite wrażenie: cieniste ostępy, po słonecznej ścieżce – wilgotny chłodek. I KOMARY. Setki… nie – miliony komarów, wszystkie zdecydowane posilić się właśnie na nas. Niemniej sam las – piękny.
Zachodnia część Chojnowskiego Parku Krajobrazowego to przede wszystkim obszar Rezerwatu Uroczysko Stephana (tu nie ma zakazu przejścia z psem na smyczy). Wspaniała soczysta zieleń, zapach wilgotnej ściółki, rechot żab z podmokłych traw i zarośli… I KOMARY… Przyspieszamy kroku.

Planując dzisiejszą trasę opierałam się na mapie z 2000 roku. Dziś przekonałam się, że przez 19 lat szlak może zarosnąć dokumentnie – zaplanowanego na dzisiejszą wycieczkę niebieskiego szlaku w zasadzie już nie ma.
Kierując się na wschód i nieco klucząc, dotarłyśmy – przez Rezerwat Chojnów i osadę Czarnów – do wschodniej części Chojnowskiego Parku Krajobrazowego, czyli do Lasów Słomczyńskich. Tu już tereny nieco wyżej wyniesione, gleby piaszczyste, a las z typowo mieszanego zmienia się w sosnowy i sosnowo-dębowy – co oznacza mniej komarów. Ok, tylko trochę mniej…
Tu odbiłyśmy na północ i niespiesznym krokiem (już mi nie zależało, i tak byłam już ogryziona do krwi przez komary…) udałyśmy się w stronę Konstancina.

Konstancin-Jeziorna, a zwłaszcza jego stara część, nadal jest jednym z naszych ulubionych celów spacerowych. Chociaż nowi właściciele konstancińskich posiadłości często w swych nuworyszowskich ambicjach nie nadążają za wyczuciem i dobrym smakiem (można tu znaleźć i domy szachulcowe, i dworki w stylu francuskim, i zameczki z basztami, i dworki staropolskie ozdobione greckimi kolumienkami i barokowymi amorkami jednocześnie, i super nowoczesne wille z przewagą szkła i surowego betonu… a czasem uroczo eklektyczne budowle łączące w sobie wszystkie wymienione style…), to jednak nadal Konstancin zachował dawny urok. To miejsce, gdzie można i pośmiać się ( : architekt płakał jak projektował), i odetchnąć przeszłością…

Miłym spacerkiem dotarłyśmy do Parku Zdrojowego i Tężni Solankowej – w letnie dni oblegane przez spacerowiczów i kuracjuszy okolicznych sanatoriów. Konstancin dzięki żywicznym lasom sosnowym, mikroklimatowi i owej tężni ma status uzdrowiska. Tu chwila odpoczynku 🙂
Ponownie przekraczając rozlewiska Jeziorki, kierując się wśród pól i nieużytków na północ, minąwszy po prawej stronie teren Ogrodu Botanicznego PAN oraz Park Kultury w Powsinie (sądząc po dobiegających dziś z niego, wśród kłębów grilowego dymu, muzyce obficie okraszonej łaciną podwórkową – niewiele ma wspólnego z kulturą), po niecałej godzinie marszu stanęłyśmy ponownie przy południowej ścianie Lasu Kabackiego, tym razem na jego wschodnim krańcu.
Ponownie łamiąc rezerwatowe przepisy (na dystansie 800 m) pokonałyśmy ostatni leśny odcinek i dotarłyśmy do ursynowskich Kabat.
Tym samym zatoczyłyśmy pętlę – co widać na załączonej mapce naszej dzisiejszej marszruty.

Spocone (to ja), pokonane w nierównej walce przez komary (obie) i zmęczone ale bardzo zadowolone z całodziennej wyprawy (obie) już po kilku minutach ostatniej prostej wylądowałyśmy… W domu?
Ależ skąd! 

W cudownej lodziarni Al Passo przy ul. Wąwozowej. Nie mają tam może 100 smaków, ale to, co jest, powoduje ślinotok i porzucenie najtrwalszych postanowień trzymania linii.
Za lody pistacjowe i sorbet mango dałabym się pokroić. Esencja smaku, idealna gładkość i konsystencja, naturalny skład – pycha! Gdybyście rozważali, gdzie są najlepsze lody na Ursynowie, to przyjedźcie na Kabaty.

Dopiero tak pokrzepione (prawda jest taka, że pochłonęłyśmy moją porcję wspólnie), kilka minut później dopadłyśmy domu – prysznic, kolacja na chłodnym balkonie, obowiązkowe poszukiwanie ew. kleszczy na Muszce.

Nasza dzisiejsza wyprawa zajęła nam niespełna 7 godzin i 39,5 km – z czego 6 km przejechane autobusem, a 33,5 km na własnych nogach.

Całkiem nieźle, jak na pierwszy dzień długiego weekendu.

Join the discussion

Instagram

Instagram has returned empty data. Please check your username/hashtag.