Etap 3: Ustka – Białogóra

Etap 3: Ustka – Białogóra

DZIEŃ 10: odpoczynek w Ustce

15 maja 2019

I tak oto dotarłyśmy z Muszką do półmetka (wg liczby dni) naszej przygody. 
Za nami 278 km szlaków leśnych, polnych, plażą, miastami i miasteczkami. Troszkę statystyki:
przebyty dystans: 278 km
w czasie: ~ 61 godzin
z prędkością: ~ 4,55 km/h
przy przeciętnym obciążeniu: ~ 11 kg (plecak+woda)

Za nami również wiele poznanych na szlaku osób, wiele rozmów, opowieści i historii. Czy też tak miewacie, że spotykacie kogoś przypadkiem i ten przypadkowy Ktoś opowiada Wam swoją historię życia? 
Otóż ja tak mam od kiedy pamiętam, ale nie czasem, nie okazjonalnie, a – niemal zawsze. 
Za każdym „dzień dobry”, kiedy mówię to z uśmiechem: „dobrze, że jesteś – miej dobry dzień” idzie opowieść o czyimś życiu, dawnych i aktualnych czasach, przeżyciach i emocjach spotkanego właśnie Innego. 
Wiem, że niedługo każdy z nas pójdzie w swoją stronę, a ta chwila rozmowy jest zatrzymaniem czasu, więc nie przerywam, nie daję rad, po prostu słucham. Często bywa, że słyszę coś, co porusza do głębi, co sprawia, że w cudzych przeżyciach widzę własne emocje, stojąc twarzą w twarz z tym, wydawałoby się jakże odmiennym ode mnie Innym – widzę siebie. 
A czasem słyszę coś, co rani do głębi, a z każdym wypowiadanym przez kogoś słowem widzę, że między nami jest wielka przepaść… 
A jednak rozmawiamy. Staram się, szczególnie w czasie drogi naszej nadmorskiej Akcji, mimo przepaści, znaleźć też drogę do tego Innego. 
Drogę, którą uda mi się podejść do kogoś z wyciągniętą dłonią, a nie z zaciśniętą pięścią – pomimo złości i bezradności, jaką wywołują u mnie jego słowa i poglądy.

Za mną przez ostatnich 10 dni drogi – dziesiątki rozmów. 
Najczęściej spotykamy się z Muchą z serdecznym zainteresowaniem, zwłaszcza ze strony dzieci i młodzieży. Pada wiele pytań prowokujących do opowieści. 
Czasem w przelocie, na szlaku; czasem na dłuższą chwilę, przy herbacie. 
Najmilej wspominam te rozmowy, którym towarzyszyły słowa „W sumie to się nie spieszę, proszę opowiedzieć” czy „To może ja kawałek z panią pójdę, porozmawiajmy”. Czasem bywa jednak i tak – z rozmowy z właścicielką pewnego obiektu noclegowego: „To są zmyślne bestie, te psy. Miałam kiedyś pieska, ale one za bardzo się przywiązują. Chodził mi taki ciągle między nogami, w oczy zaglądał. No, przeszkadzał przecież. To go znajomej oddałam. A on ile razy mnie czasem widział, to biegł do mnie! I uciekał od niej do mnie, przez całe miasto. Ale ja go zawsze wyganiałam, krzyczałam. I nauczył się w końcu, po kilku latach. 
Potem znajoma mi mówi: jak ty to robisz, że on już nie ucieka ode mnie. A ja jej na to: bo ja jestem konsekwentna i stanowcza!
Tak, tak, pani kochana. Psa można czegoś nauczyć tylko konsekwencją. Bo psy nawet mądre są, tylko źle, że się przywiązują!”

… a mnie wszystko grzęźnie w gardle… Jak znaleźć drogę do tej osoby? 
Ona ma już swoje lata i przeświadczenie, że wie o życiu wszystko. Niechętnie słucha mojej historii, o porzuconych psach, ludziach bez serc. 
Jest jak w baśni „Królowa Śniegu” – komuś w oku i w sercu utkwił okruch lustra i zmienił ich nie do poznania. Kiedy opisuję dla Was nasze codzienne wędrówki, piękne trasy, krajobrazy i przyrodę – nie dodaję, że to tylko część Akcji. Drugą, niezbywalną częścią, są właśnie spotkania i rozmowy. 
A te bywają nie tylko radosne i motywujące – bywają też przykre i trudne. Ale takie są chyba bardziej potrzebne. Najmilej jednak wspominam spotkania z uczniami kołobrzeskich szkół podstawowych. 
Zależało mi, żeby nie były to tylko suche prelekcje, które szybko zostaną zapomniane – rozmawiałam z dziećmi, a one, mimo młodego wieku i wiosny za oknem, były najuważniejszymi i najwrażliwszymi rozmówcami. 
Mam nadzieję, że zapamiętają Muchę (która też brała czynny udział w spotkaniach), jej historię i nasze rozmowy o mądrej miłości do zwierząt – może to sprawi, że bliżej im będzie w przyszłości do andersenowskiej Gerdy, niż do Kaja. 
Dla mnie również spotkania z Uczniami były ważną lekcją, że nie tylko warto – ale trzeba – rozmawiać.

DZIEŃ 11: z Ustki do Muriasówki ok. 40 km

16 maja 2019

Nie pytajcie mnie nawet, jak to się stało… Miała być krótsza, relaksująca trasa, a wyszło nam ponad 40 km… 🤦🏼‍♀️
Jakoś po 30 kilometrze Mucha z niedowierzaniem zaglądała mi co chwilę w oczy: „Ale matka, jak to? To już czy nie już? Kiedy będzie już?!” 
Własnemu psu coś takiego zrobić… Będę smażyć się w piekle 🔥

Ale szlak był piękny. 
Z ulgą opuściłyśmy Ustkę – moim zdaniem nie jest to miejsce godne polecenia, szczególnie osobom z psami. Miasteczko od góry do dołu, wszerz i wzdłuż, centymetr po centymetrze dokładnie wyłożone kostką bauma i kostką brukową. Nie ma gdzie łapy postawić… Gdy tylko trafiłyśmy na leśną ścieżkę, humory nam wróciły. Początkowo pochmurny poranek zmienił się w pogodny dzień, zieleń wokół, piękny szlak wzdłuż malowniczego klifowego wybrzeża – pełnia szczęścia 😄 Do Rowów dotarłyśmy już w pełni zrelaksowane, ale głodne. 
Wprawdzie Mucha w dni marszowe nie jest karmiona w ciągu dnia, ale ja bym coś zjadła. 
Niestety – Rowy poza sezonem są zabite na głucho. Zamknięte jest absolutnie wszystko, łącznie z kasami biletowymi do Słowińskiego Parku Narodowego. Cóż. Chwila wytchnienia, picie (dla nas obu), czekolada (dla mnie) i w dalszą drogę. 
Na szlaku biegnącym przez zachodnią część Słowińskiego Parku Narodowego, wzdłuż brzegu Jeziora Gardno, spotkałyśmy dwie osoby. Kilkanaście kilometrów niemal bezludnych leśnych traktów, przemykające między drzewami sarny i dziki – cudownie 😊 Do czasu… Bo idziemy, idziemy… I idziemy. Nadal idziemy…
No, doszłyśmy. 
40 kilosów… Mój pies nadal mnie kocha ❤, na co dzisiaj chyba sobie nie zasłużyłam. Jeszcze nie wie, że jutro przed nami również niekrótka trasa, ze Smołdzińskiego Lasu, południowymi krańcami Jeziora Łebsko – do Łeby.

Zatrzymałyśmy się w niewielkiej, ale bardzo gościnnej i przytulnej Muriasówce – gospodarstwie na skraju wsi Smołdziński Las, na granicy parku narodowego. Daleko od wszystkiego, gdzie jest już tylko cisza i spokój…
Na razie Mucha (najedzona, napojona i wyszczotkowana) śpi jak zabita od ponad dwóch godzin i będzie tak spała do rana, należy jej się.

DZIEŃ 12: z Muriasówki do Łeby ok. 36 km

17 maja 2019

Poranek w Smołdzińskim Lesie. Cisza. Spokój. 
Przy moim boku pochrapuje Mucha. Nie chce się wstawać. 8:15, wstajemy jednak. Długi dzień przed nami.

Wschodnią część Słowińskiego Parku Narodowego można przemierzyć na dwa sposoby: 
• albo czerwonym Szlakiem Nadmorskim od północy, podziwiając wydmy na mierzei odcinającej Jezioro Łebsko od morza
• albo szlakiem żółtym, okrążając Jezioro Łebsko od południa, przez Bagna Izbickie i las.

Jeśli jesteśmy z psem, musimy zrezygnować z trasy nadmorskiej (zakaz wstępu z psami na obszar mierzei z wydmami) i uderzyć od południa. 
Ze wsi Kluki (ciekawy skansen wsi słowińskiej i ostatni ocalały cmentarz Słowińców), kierując się na południe, trafiamy na przepiękny (!!!), ale bardzo zdradliwy o tej porze roku, rozległy obszar Bagien Izbickich. 
Ścieżka biegnie wśród torfowisk, strumieni, mokradeł. Wszędzie wokół bujna zieleń i ptasia kakofonia. Miejscami można iść specjalnymi drewnianymi pomostami, ponad podmokłymi terenami, jednak w połowie drogi pomostów jest coraz mniej (lub są w stanie rozpadu), a poziom wody coraz wyższy. 
Mogłyśmy albo zawrócić do Smołdzińskiego Lasu, szukać bardzo okrężnej innej drogi i środka transportu, albo iść dalej i mieć nadzieję, że jakość szlaku jednak się poprawi, skoro jest on opisany jako pieszo-rowerowy.

Nie będę tu opisywać ze szczegółami naszej drogi przez Bagna Izbickie. 
Powiem tylko, że zdecydowanie odradzam spacery po tych terenach każdemu, komu życie i zdrowie miłe – o innej porze roku niż lipiec-sierpień, kiedy torfowiska nieco podsychają.
Po dzisiejszym dniu już wiem, jak to jest zapaść się powyżej kolan w torfowisku i kiedy udaje się jakoś wyczołgać się z bagna dzięki psu i napiętej smyczy.
Nie należę do tych strachliwych, nie panikuję, w stresie analizuję i działam. 
Dzisiaj bałam się. O siebie i o Muchę. 
Dałyśmy sobie radę tylko dlatego, że byłyśmy we dwie.
Nigdy więcej.

Ubłocone do pasa opuściłyśmy zwodniczo piękne Bagna Izbickie. Na końcowym odcinku szlaku postawiono nawet ostrzegawczą tablicę… Za wsią Lisia Góra zaczyna się za to piękny mieszany las – las jak z bajki. 
Wyjeżdżająca z niego na rowerze, pełnym gazem i z użyciem trąbki-klaksonu kobieta hamuje tuż przy nas i upewnia się, czy my właśnie tym lasem do Łeby zamierzamy się udać. 
Słyszy potwierdzenie i blednie:

– Ale my tam tylko samochodami albo rowerem… A jeśli rowerem to z trąbką. Wilki są, czasem wieczorem je słychać, ja tu pod lasem mieszkam, to wiem… – wskazuje na gospodarstwo przytulone do ściany lasu. 
– Ja tam bym nie szła… Niech chociaż hałasuje jak idzie.

Więc poszłyśmy. 
Przez półtorej godziny szybkiego marszu przez las wydzierałam się śpiewając co się dało. 
Po drodze nie spotkałyśmy nikogo pieszego, raz tylko wyminął nas samochód, na pełnym gazie, na klaksonie i na lokalnych numerach. Do Łeby dotarłyśmy pół żywe, przemoczone od dołu Bagnami Izbickimi, a od góry ulewą.

Siedzę teraz nad mapą, porównuję szlaki ze zdjęciami satelitarnymi w Internecie i widzę wyraźnie, że na jutrzejszej trasie do Białogóry czekają na nas zarówno piaszczyste wydmy, jak i kolejne mokradła. 
Czekam, aż zacznie działać maść Voltaren Max w kombinacji z kapsułką Ibupromu Max – prawą nogę tuż nad kostką mam obolałą i spuchniętą, z nieco ograniczoną ruchomością (efekt uboczny wygrzebywania się na czworakach z bagna).

DZIEŃ 13: z Łeby do Białogóry ok. 40 km

18 maja 2019

Po pokonaniu poprzedniego dnia Słowińskiego Parku Narodowego, doczyszczeniu, wysuszeniu i wyspaniu się – rano byłyśmy z Muchą jak nowe. Dosłownie – ranek był świetlisty, my spokojne i pewne, że to będzie dobry dzień. Nawet nadal boląca noga nie miała większego znaczenia.

Z Łeby wyruszyłyśmy na szlak Mierzeją Sarbską – i znowu: piękne leśne ścieżki, tym piękniejsze, im bardziej bezludne. Pogoda jak w kalejdoskopie, więc koło południa zaciągnęło się solidnie – burza i ulewa zatrzymały nas na dłuższą chwilę w Osetniku. 
Kiedy przestało lać, wróciłyśmy na szlak do latarni morskiej Stilo i dalej, plażą… 
Nikogo, pusto…
Mucha zachwycona wiatrem i przestrzenią. Szłyśmy tak brzegiem, w milczeniu – i obie odnalazłyśmy to, czego szukałyśmy: Mucha nadpsuty rybi szkielet, a ja ciszę i spokój wewnątrz siebie, poza czasem.

Była kiedyś taka piosenka:

„Wschodami gwiazd i zachodami
Odmierzam czas liści kolorami
Odmierzam czas, nie używając dat.
Czekaniem na niespodziewane,
Straconych szans rozpamiętywaniem,
Odmierzam czas, nie używając dat.
(…)
Zużytych słów przesypywaniem,
Gubieniem dróg i odnajdywaniem
Odmierzam czas, nie używając dat.
Bez godzin i bez kalendarzy
Długością dni i zmiennością zdarzeń
Odmierzam czas, nie używając dat.”

Tak dziś było…

Kiedy nas już porządnie przewiało na plaży, wróciłyśmy na leśny szlak Szklanego Lasu, ale i tu towarzyszyła nam cisza.
Z ciężkich od deszczu gałęzi skapywała woda, pachniało intensywnie ściółką, z każdą chwilą gęstniała mgła. W pewnej chwili wprost na nas wyszła z tej białej ciszy łania – spojrzała tak spokojnie, rozumnie – i zniknęła w puchatym zamglonym zagajniku.

Do Białogóry dotarłyśmy po 40 km marszu, przy minimalnej widoczności. I jak dotarłyśmy, tak zasnęłyśmy. Jutro dzień odpoczynku w Białogórze. 
Może uda się nam zregenerować, a mnie podleczyć nadwyrężone i spuchnięte ścięgno, przed poniedziałkowym powrotem na szlak.

Join the discussion

Instagram

Instagram has returned empty data. Please check your username/hashtag.